Wraz ze znajomymi

Tekst i zdjęcie: Liliana Jampolska

W końcu na swoim! Nasz dom to zasługa... niesympatycznych sąsiadów, z którymi przeżyliśmy czternaście lat w warszawskiej kamienicy. Nigdy nas nie polubili, dlatego właśnie zdecydowaliśmy się na tę budowę - razem z małżeństwem z sąsiedztwa, które jak my zapragnęło mieć dom jednorodzinny.

Tak mieszkaliśmy

Kilkanaście lat temu zaadaptowaliśmy w przedwojennej kamienicy strych o powierzchni 112 m2, a potem powoli starannie go wyposażaliśmy. Niestety, im bardziej staraliśmy się żyć ładniej i wygodniej, tym gorzej traktowali nas sąsiedzi. Początkowo rozumieliśmy, że starsi ludzie, którzy mieszkali w domu jeszcze przed wojną, a których nie stać na remont, mogą nam trochę zazdrościć i traktować jak obcych, ale mieliśmy nadzieję, że z biegiem lat oswoją się z nami i zaczną traktować jak pełnoprawnych mieszkańców. Nie doczekaliśmy się.

Taka sytuacja z roku na rok wzmacniała w nas myśl o własnym domu... Temat coraz częściej powracał w rodzinnych rozmowach, aż w końcu doszliśmy do wniosku, że nie ma na co dłużej czekać i postanowiliśmy, że będziemy budować. Do podobnego kroku namówiliśmy też sympatycznych młodych ludzi z sąsiedztwa. Razem przecież zawsze raźniej i weselej.

Pieniądze nie takie straszne

Gdy szukaliśmy odpowiedniej działki, najważniejsze dla nas były trzy rzeczy: wodociąg, kanalizacja i dobra łączność z miastem. Jeździliśmy w różne miejsca, ale wszędzie nam czegoś brakowało.

Szczęśliwym trafem pomogli nam inni znajomi, którzy wskazali wystawiony na sprzedaż kawałek bardzo pięknego gruntu. Sąsiadujące ze sobą działki, o powierzchni 1000 m2 każda, znajdowały się w małej, ale w pełni zurbanizowanej miejscowości, z dostępem do wszelkich mediów (sieci wodociągowej, gazowej, kanalizacyjnej, telefonicznej) oraz podstawowych instytucji i usług: przychodni zdrowia, poczty, szkoły, przedszkola, sklepów itd. Ponadto miejscowość ta, położona 20 kilometrów od miasta, miała wygodne połączenia autobusowe. Nie zastanawialiśmy się długo - za zgromadzone wcześniej oszczędności kupiliśmy jedną z działek, a drugą nabyli zaprzyjaźnieni sąsiedzi z kamienicy.

Perspektywa budowy zmusiła nas do szybkiej sprzedaży mieszkania. Bez tego nie mogły ruszyć żadne prace przygotowawcze oraz budowlane.

Ze sprzedażą nie było na szczęście większego kłopotu, bo działo się to tuż przed wstąpieniem naszego kraju do Unii Europejskiej, kiedy popyt na nieruchomości gwałtownie wzrósł.

Zaraz po tym zaczęliśmy załatwiać formalności potrzebne do rozpoczęcia budowy. W umowie sprzedaży zagwarantowaliśmy sobie prawo mieszkania w lokalu jeszcze przez trzy miesiące. Ostatni okres budowy domu spędziliśmy w mieszkaniu mamy, która gościnnie udzieliła nam schronienia.

Koszty związane z budową domu i jego wyposażeniem rozplanowaliśmy tak, aby udało się je pokryć ze sprzedaży mieszkania. Oprócz wybudowania budynku, wystarczyły na zakup dobrej jakości materiałów budowlanych i wykończeniowych, w tym na markową dachówkę betonową na pokrycie dachu i na solidną stolarkę drewnianą.

Droga do domu

Nasz dom budowaliśmy przy udziale wyspecjalizowanej firmy. Nie mając ani czasu, ani doświadczenia, od razu wykluczyliśmy metodę gospodarczą. Na targach mieszkaniowych przypadkiem zetknęliśmy się z firmą, propagującą domy stawiane z prefabrykatów keramzytobetonowych. Ponieważ i nam, i sąsiadom przypadła do gustu szybka i czysta technologia, dosyć szybko postanowiliśmy właśnie takie keramzytobetonowe domy zbudować. Tym bardziej, że firma zobowiązała się postawić wybrany budynek "pod klucz" (bez białego montażu), w przeciągu zaledwie trzech miesięcy!

Przed podjęciem ostatecznej decyzji odwiedziliśmy kilka budynków wzniesionych w tej technologii przez "naszą" firmę. Nie znaleźliśmy wad, więc klamka zapadła - złożyliśmy zamówienia.

Choć domy zaprojektowano w identycznej technologii, nie zdecydowaliśmy się na jednakowe. Nasz zaplanowaliśmy wspólnie z architektem Grzegorzem Chojnackim i Markiem Wciślińskim. Ma 266 m2 powierzchni, jest parterowy, z obszernym użytkowym poddaszem, zaprojektowany dla trzyosobowej rodziny.

Tempo prac budowlanych było zawrotne. Fundamenty powstały w kilka dni, a po technologicznej przerwie mury wzniesiono w jeden dzień! W dwa tygodnie zmontowano i wykończono dach. Właściwie mogliśmy się wprowadzić już na Boże Narodzenie, ale ponieważ rozciągnęliśmy w czasie wyposażanie domu, de facto zamieszkaliśmy w nim po niecałym roku od podjęcia decyzji o budowie - przed Wielkanocą roku 2005.

Skomentuj:

Wraz ze znajomymi