Polubiliśmy przeprowadzki

Tekst i zdjęcia: Liliana Jampolska

Wędrówką życie jest człowieka... Zanim doszliśmy do obecnego domu, przeprowadzaliśmy się aż osiem razy. Mieszkaliśmy w czterech mieszkaniach, w segmencie, a nawet w domku, by znowu wrócić do bloku. W końcu udało się trafić tu - do miejsca, które jest ucieleśnieniem naszych marzeń.

Tak mieszkaliśmy

Z mieszkania do mieszkania. Wychowaliśmy się w blokowisku. Nasze pierwsze małżeńskie mieszkanko miało zaledwie 36 m2. Po kilku latach zaczęliśmy dzielić je z dwójką dzieci - Małgosią i Pawłem. Po 11 latach postanowiliśmy zamienić naszą klitkę na coś większego. Ponieważ nie mieliśmy pieniędzy, nasz pomysł polegał na tym, żeby dotychczasowe, "wypieszczone" mieszkanie sprzedać jak najlepiej, a za otrzymaną kwotę kupić jak największe mieszkanie w stanie surowym. Taką metodą udało nam się powiększyć naszą przestrzeń życiową o 10 m2. Cieszyliśmy się my, cieszyły się dzieci. Nowe mieszkanko starannie wykończyliśmy własnymi siłami. Po dwóch latach znowu powtórzyliśmy manewr - solidnie wykończone mieszkanie zamieniliśmy na większe w stanie surowym. Potem znowu i znowu... W pewnym momencie ktoś nam mądrze poradził, żebyśmy zapisali się do spółdzielni budującej małe domki. Po pewnym czasie kupiliśmy w niej dwupoziomowe luksusowe mieszkanie na piętrze - z kominkiem, garderobą, strychem, biblioteką i siłownią, o powierzchni 110 m2. Kiedy cieszyliśmy się jego urokami, przyszli znajomi i wspomnieli, że znają ludzi, którzy szukają podobnego apartamentu. Wtedy Lidia powiedziała:

- Jeśli dadzą nam takie a takie pieniądze - sprzedajemy. Wiedzieliśmy już, że na osiedlu obok powstają szeregowce z ogródkami, a my marzyliśmy o kawałku ziemi.

Droga do domu

Witaj szeregowcu! Chętni na nasz apartament pozwolili mieszkać w nim jeszcze przez trzy miesiące i zapłacili część pieniędzy, za które kupiliśmy czterokondygnacyjny segment o powierzchni 250 m2! Tyle, że segment był w stanie... "dziewiczo surowym", bez okien i drzwi. W trzy miesiące wykończyliśmy parter i mogliśmy się znowu przeprowadzić. Potem przez dwa i pół roku wykańczaliśmy resztę. Jednak pojawiły się trudności. Okazało się, że równoczesne finansowanie budowy, potrzeb dorastających dzieci, bieżących opłat za utrzymanie domu oraz dodatkowo płacenie wysokiego czynszu spółdzielni stało się dla naszych kieszeni zabójcze - tym bardziej, że musieliśmy też zacząć spłacać pożyczki zaciągnięte od rodziny na wykończenie domu.

Użytkowanie wielopiętrowego domu też było dla nas lekcją - życie rodzinne zaczęło się "rozłazić" po piętrach, co bardzo się nam nie podobało.

W końcu wysokie koszty utrzymania budynku i jego wady funkcjonalne zrobiły swoje. Nie chcieliśmy żyć w biedzie, osobno, w pięknym segmencie. Wtedy pierwszy raz pomyśleliśmy o naprawdę własnym domu pod miastem. Impuls był tak mocny, że kiedy w 1992 roku nastąpił boom na rynku nieruchomości i nasz segment nagle stał się wart fortuny, wykorzystaliśmy ten moment i... sprzedaliśmy go!

Nareszcie dom, ale jeszcze nie ten. Wybudowany siedem lat temu, ale nigdy nie zamieszkany dom o powierzchni 200 m2, stał na działce 1000 m2. Podobał się nam, choć miał do wymiany dach. Po pierwszej zimie okazało się, że trzeba wymienić okna, urządzenia w kotłowni i instalację c.o. Zmartwiło nas, że może to być powtórka kryzysu finansowego z segmentu. Mieszkaliśmy dalej, ale zwlekaliśmy z większym remontem. Sytuację rozwiązało powstanie nieopodal naszego domu całodobowego sklepu z alkoholem i conocne hałasy aż do rana.

To przesądziło o sprzedaży. Nie była ona już taka prosta, jak sprzedaż niewielkich mieszkań czy segmentu w mieście, ale w końcu zamieniliśmy nasz dom na dwa atrakcyjne mieszkania (30 i 70 m2). Wiedzieliśmy, że mieszkania sprzedamy bez problemu.

Z powrotem do miasta. Zamieszkaliśmy w większym mieszkaniu i... nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy po raz kolejny nie zaczęli od remontu i podwyższenia standardu nowego lokum, które szybko stało się luksusowym apartamentem. Mniejsze mieszkanie od razu sprzedaliśmy, a pieniądze przeznaczyliśmy na kupno działki - bo wróciwszy do miasta nie porzuciliśmy marzeń o własnym domu. Choć drogę do niego zaczynaliśmy jakby od nowa, tyle, że już z wielkim doświadczeniem.

Nareszcie ten

Po dwóch miesiącach trafiliśmy na murowany parterowy dom z użytkowym poddaszem w stanie surowym otwartym, na spokojnej działce (900 m2) z pięknym widokiem na pola, przy drodze, po której jeździły autobusy (ważne dla dzieci). Miał ładną bryłę i dobrze zaplanowane wnętrza, idealne dla czteroosobowej rodziny. A na dodatek umożliwiał wydzielenie osobnego niezależnego lokum, co może się nam przydać w przyszłości. Działka miała wszystkie media oprócz kanalizacji. Choć zabrakło nam pieniędzy, aby od razu zapłacić za całość, 100 tysięcy zadatku (ze sprzedaży mniejszego mieszkania) gwarantowało, że jesteśmy poważnymi inwestorami. Po pół roku musieliśmy wpłacić pozostałą kwotę. Nasze mieszkanie sprzedaliśmy sąsiadom, z możliwością pozostania w nim jeszcze sześć miesięcy. W tym czasie wykończyliśmy dom na tyle, że mogliśmy się do niego przeprowadzić.

Choć dzisiaj wydaje się nam, że jest to już docelowe rodzinne gniazdo, nie możemy jednak zagwarantować, czy wkrótce jakaś siła znowu nie każe nam się nam przeprowadzić. Sami jesteśmy tego ciekawi.



Skomentuj:

Polubiliśmy przeprowadzki