Mieszkanie pełne skarbów

Tekst i stylizacja: Agnieszka Osak-Rejmer Zdjęcia: Sylwester Rejmer

Choć mieszkanie było w całkowitej ruinie, nowi właściciele nie wahali się ani chwili. Wystarczyło, że podnieśli wzrok i ujrzeli drewniany kasetonowy sufit ozdobiony holenderskimi kaflami sprzed kilku wieków.

Mieszkanie Magdy i Roberta jest pełne małych sekretów. W piwnicy pan domu znalazł przedwojenny emaliowany pojemnik na łapki kuchenne z napisem "topflappen" (teraz świetnie prezentuje się na blacie w kuchni). Zza starej boazerii, która była w tak fatalnym stanie, że nie udało się jej niestety uratować, wypadły trzy kartki z kalendarza pobożnej gospodyni protestanckiej, z datami 3, 4 i 5 maja 1927 roku. Ze szpary w starej podłodze wydłubali dziesięć fenigów ze swastyką na rewersie. Gospodarze mają nadzieję, że wnętrze nadal kryje wiele tajemnic i czeka ich jeszcze mnóstwo ciekawych odkryć.

Magda jest dziennikarką, Robert - fotografem. Oboje pochodzą z Trójmiasta. Zanim zamieszkali w Sopocie, zajmowali dwupokojowe mieszkanie w bloku na jednym z gdańskich osiedli. Zmęczeni wielką płytą najpierw wymarzyli sobie przeprowadzkę do kamienicy. Potem poszli krok dalej - kamienica miała stać w samym sercu Sopotu. Do tego nadmorskiego kurortu zawsze czuli sentyment. Ona spędziła w nim dzieciństwo, a on kończył tu liceum. Dość skromne oszczędności nie wystarczały jednak na kupno mieszkania w mieście, dlatego postanowili dać ogłoszenie o zamianie. W agencji nieruchomości poinformowano ich od razu, że to próżny trud, bo szansa na taką zamianę jest właściwie zerowa. Opinia fachowców nie ostudziła jednak nadziei. Wprost przeciwnie. - To ja wam jeszcze pokażę! - pomyślała zadziornie Magda i wzięła się do kserowania ogłoszeń. Rozlepiła ich sto. Dzisiaj żartuje, że o 99 za dużo, bo na rozpaczliwy anons odpowiedziała tylko jedna osoba. Na szczęście ta właściwa.

Mieszkanie w kamienicy zbudowanej 1905 roku, nazywanej wtedy Villą Fernanda, nie prezentowało się najlepiej. Szczerze mówiąc, była to całkowita ruina. Ciemne, zaniedbane wnętrze z piecami, wspólnym korytarzem i łazienką. Do generalnego remontu nadawało się praktycznie wszystko. Podczas prac zburzono piec i założono centralne ogrzewanie, wymieniono istniejące instalacje i poprowadzono nowe (do własnej łazienki). Usunięto też niektóre ścianki działowe, a z podłóg zerwano płyty pilśniowe i wydobyto na światło dzienne ukryty pod nimi nieźle zachowany dębowy parkiet.

Ponieważ mieszkanie z oknami wychodzącymi na wschód jest dość ciemne, a dopływ naturalnego światła dodatkowo ograniczają rosnące tuż pod oknami wysokie drzewa, gospodarze postanowili nie stosować w pomieszczeniach żadnych mocnych kolorów. Wybrali wyłącznie jasne odcienie.

Wyposażenie ograniczyli do minimum, tak by nie ograniczać przestrzeni. Szukając mebli, kierowali się jedną zasadą - wybierali tylko drewniane. Trzeba przyznać, że idealnie pasują one do atmosfery domu. Drewniane podłogi i niektóre sprzęty zostały rozbielone i pokryte olejem. Zdarzyło się już kilka razy, że jakaś ciocia lub wujek ze współczuciem patrzyli na posadzkę i pocieszali, że to okropne wapno pozostałe po remoncie na pewno w końcu da się zmyć... Agentce ubezpieczeniowej spodobała się szafa gospodarzy. Zauważyła jednak z troską, że jeszcze dużo pracy ich czeka, zanim doprowadzą ją do porządku. Wystrój wnętrz jest bardzo oszczędny. Gospodarze zgodnie twierdzą, że otaczanie się zbędnymi przedmiotami nie leży w ich naturze. Za chwilę dodają, że najbardziej dekoracyjne są przecież książki, a tych w ich mieszkaniu na pewno nie brakuje.

Skomentuj:

Mieszkanie pełne skarbów