Trójka to nie dwójka

Tekst i zdjęcia: Liliana Jampolska

Mieszkaliśmy w bloku na warszawskim Bródnie, w 38-metrowym mieszkaniu ze ślepą kuchnią. Perspektywa przyjścia na świat potomka, ośmieliła nas do działania. Nieodwołalnie postanowiliśmy zakończyć blokową tułaczkę.

Mam długie i dobre doświadczenia z życia w domu jednorodzinnym, bo w takim mieszkali moi rodzice, i w takim się wychowywałem. Dlatego po założeniu własnej rodziny marzył mi się podobny standard. Niestety, od czasów studiów, kiedy wyprowadziłem się z rodzinnego domu, byłem zmuszony mieszkać w zabudowie wielorodzinnej. Sytuacja nie zmieniła się też po ślubie.

Droga do domu

Z moją żoną Małgosią mieszkaliśmy w wynajmowanych mieszkaniach i nic nie zapowiadało, że szybko nastąpią w naszym życiu jakieś zmiany. Tym bardziej, że jako początkujący lekarze nie spodziewaliśmy się finansowego boomu.

Kiedy jednak okazało się, że Małgosia jest w ciąży (a planowaliśmy więcej niż jedno dziecko), oboje stwierdziliśmy, że musimy radykalnie zmienić naszą sytuację mieszkaniową.

Nie czekaliśmy długo na uśmiech losu. Okazało się, że znajomi, którzy lada dzień mieli zakończyć formalności związane z kupnem działki, niespodziewanie stracili przeznaczone na nią pieniądze. Wtedy zaproponowali, żebyśmy to my kupili ich niedoszłą posiadłość. Po obejrzeniu posesji nie miałem żadnych wątpliwości, co robić, tym bardziej, że była ona zlokalizowana w miejscowości, w której się wychowałem. "Wszystko jedno skąd weźmiemy pieniądze, ale kupujemy!" - powiedziałem do żony.

Dzięki pomocy finansowej rodziny szybko staliśmy się właścicielami sporego kawałka ziemi, położonego przy ścianie lasu. Miejsce miało lokalizację tak ładną i dogodną w stosunku do Warszawy (gdzie pracowaliśmy), że nie zniechęcił nas brak na tym terenie sieci gazowej i wodno-kanalizacyjnej.

Pomysły na późniejsze oszczędności

Ponieważ nasza działka jest wąską i długa, mieliśmy kłopot z dopasowaniem do niej gotowego projektu domu. Zamówiliśmy więc projekt indywidualny.

Nie chcieliśmy przesadzić z wielkością budynku. Doskonale pamiętałem, że razem z rodzicami i trójką rodzeństwa mieściliśmy się na powierzchni 130 m2. Starałem się tak wyważyć wielkość domu, aby był wygodny, ale jednocześnie ekonomiczny w utrzymaniu. Pamiętam, jak bardzo koszty ogrzewania obciążały budżet rodzinny w domu rodziców.

Układ działki w stosunku do stron świata zadecydował o tym, że dom stanął blisko drogi. W ten sposób front budynku znalazł się od północy, z "czołem" zanurzonym w brzozowym lesie, natomiast cała strefa wypoczynkowa - od strony południowej, otwartej i dobrze nasłonecznionej.

Zdecydowaliśmy się ogrzewać dom i wodę, korzystając z pompy ciepła i kolektorów słonecznych. Dlatego uwzględniliśmy to już na etapie projektu; m.in. przygotowaliśmy kąt nachylenia dachu odpowiedni do montażu na nim paneli słonecznych. Zadbaliśmy również o dobre ocieplenie budynku, tak by nie było mostków cieplnych.

Mury wykonaliśmy z dwóch warstw pustaków z ciepłej ceramiki (25 cm i 11,5 cm), które ociepliliśmy styropianem (10 cm) między warstwami, pozostawiając jeszcze pustkę powietrzną szerokości 2 cm. Płytę fundamentową ociepliliśmy 15-centymetrową warstwą styropianu, natomiast dach - 20-centymetrową warstwą wełny mineralnej. Drewniane okna oszklone są "ciepłymi " szybami.

Pieniądze nie takie straszne

Warto walczyć z monopolistami o swoje prawa i obniżenie kosztów przyłączy. My mieliśmy problemy z podłączeniem budynku do sieci elektrycznej, biegnącej 100 m od naszej działki. Na początku zażądano od nas aż 8 tys. zł. Zwróciliśmy się wtedy do Urzędu Regulacji Energetyki i dzięki pomocy prawnej cena przyłącza spadła do 1900 zł! Choć kosztowało mnie to sporo nerwów i czasu (aż 9 miesięcy), uważam, że było warto i namawiam wszystkich do podejmowania podobnych działań.

Kiedy zdecydowaliśmy się na zastosowanie pompy ciepła do ogrzewania budynku, początkowo przeraziły nas wysokie koszty polecanych nam urządzeń znanych zagranicznych firm. Ponieważ jednak nie chciałem łatwo zrezygnować z tego rodzaju ogrzewania, znalazłem polskiego producenta, który zaoferował mi potrzebne urządzenia za połowę ceny. To on namówił nas do podłączenia kolektorów słonecznych w taki sposób, żeby współpracowały z centralnym ogrzewaniem. Panele kolektorów też zresztą kupiliśmy u rodzimego producenta za 4 tys. zł, a nie za 20 tys. zł, jak to proponowała nam inna firma. Teraz mamy darmową ciepłą wodę przez pięć lub sześć miesięcy w roku, przeciętnie od końca kwietnia do końca września.

Wkład kominkowy zamontowałem przede wszystkim na wypadek awarii innych źródeł ciepła, ale okazuje się, że jest to świetna metoda dogrzania budynku, a szczególnie dwukondygnacyjnego salonu o wysokości 6 m. Kominek stoi w centralnym miejscu domu, przy ażurowej ścianie, która rozprowadza ciepło na cały parter i piętro. Do dogrzania wystarczają nam 3 m3 drewna rocznie za jedyne 300 zł. Ponieważ nasz dom "funkcjonuje na prąd", założyliśmy dwutaryfowy licznik i tak organizujemy prace gospodarcze, aby urządzenia włączały się w czasie obowiązywania tańszej taryfy.





    Więcej o:

Skomentuj:

Trójka to nie dwójka