Bez zbędnej straty czasu

Tekst i zdjęcia: Liliana Jampolska

Wystarczyły nam trzy lata, aby znaleźć działkę, wybrać projekt domu, przeprowadzić budowę i w końcu stanąć z walizkami na progu nowego rodzinnego gniazda.

Droga do domu

Wyobrażaliśmy sobie, że nasz dom stanie gdzieś na linii kolejowej prowadzącej z Warszawy w kierunku Otwocka, wśród starodrzewu, na działce o powierzchni około 1500 m2.

Jak to zwykle bywa, rzeczywistość zmodyfikowała marzenia i ostatecznie kupiliśmy parcelę trochę większą od planowanej, bez starodrzewu, za to z sadem i... po przeciwległej stronie Warszawy.

Kupno ziemi, na której stoi dziś dom, nie przyszło nam łatwo. Zastanawialiśmy się nad tym całą zimę 2003/2004. Działka nie tylko nie spełniała dawnych marzeń, ale miała poważne wady. Niepokoiły nas bliskość torów kolejki wąskotorowej oraz biegnące przez najbardziej wartościowy fragment terenu sieci wodociągowa i kanalizacyjna oraz napowietrzne przyłącze elektryczne poprowadzone do domu sąsiadów. Za kupnem działki nie przemawiała także spora odległość od sieci gazowej, wynosząca około 100 m. Obawialiśmy się więc zarówno hałasów kolejowych, jak też kosztów, które trzeba będzie ponieść w związku z przenosinami niedogodnie zlokalizowanych przyłączy sąsiada oraz doprowadzeniem gazu.

Ostatecznie w podjęciu decyzji pomógł nam przypadek. Była już wiosna, gdy po raz kolejny odwiedziliśmy działkę. Wtedy, ku naszemu zdumieniu, z budynku znajdującego się vis-a-vis wjazdu na "naszą" parcelę, wyszedł... mój kolega ze szkolnej ławy. Jemu mogłem zaufać! To on rozwiał nasze obawy, zapewniając, że zabytkowa kolejka kursuje raz dziennie tylko w letnie weekendy, a okolica jest bardzo spokojna i bezpieczna. Podał tyle argumentów "za", że w końcu zdecydowaliśmy się na zakup.

Pomysły na oszczędności

Kiedy działka stała się naszą własnością, przystąpiliśmy do poszukiwań projektu gotowego. Postanowiliśmy wznieść dom o tradycyjnej bryle z mansardowym dachem, który pozwala uzyskać maksymalnie dużą i wygodną przestrzeń mieszkalną na poddaszu. Myśląc o komforcie mieszkania i estetyce wnętrz, zdecydowaliśmy się na przeprowadzenie zmian w wybranym przez nas projekcie. Wspólnie z architektem powiększyliśmy między innymi bryłę domu (wszerz i wzdłuż), otwory okienne oraz podwyższyliśmy wysokość dolnej kondygnacji, dzięki czemu wnętrza są jaśniejsze i bardziej przestronne. Powiększenie bryły garażu dało nam możliwość posiadania spiżarni oraz pralni, a przeorganizowanie układu wnętrz na poddaszu - bardziej funkcjonalnych pomieszczeń prywatnych. Zrezygnowaliśmy z przeszklonego wykusza w salonie łączącego się z tarasem. W zamian wybudujemy w przyszłości ogród zimowy. Dzięki niemu zyskamy dodatkową efektowną przestrzeń dzienną.

Na razie zadbaliśmy o staranne zabezpieczenie budynku przed stratami ciepła w tradycyjny sposób.

Zaizolowaliśmy mury z poryzowanych pustaków ceramicznych warstwą styropianu o grubości 15 cm, płytę fundamentową - warstwą 6 cm styropianu, natomiast dach - 20-centymetrową warstwą wełny mineralnej. Kupiliśmy też droższe, drewniane okna z "ciepłymi" szybami.

Choć wielkość naszego domu zaplanowaliśmy trochę na wyrost, nie żałujemy decyzji - tym bardziej że chcemy mieć więcej dzieci. Jeśli kiedyś okaże się dla nas za duży - zawsze przecież możemy go sprzedać.

Pieniądze nie takie straszne

Wykonanie przyłącza gazowego kosztowało nas aż 15 tys. zł. Mimo to jesteśmy zadowoleni, że zdecydowaliśmy się na ten rodzaj ogrzewania. W pewnym momencie rozważaliśmy kupno pompy ciepła. Z obliczeń wynikało jednak, że zamortyzuje się ona dopiero po kilkunastu latach użytkowania (jej instalacja miała kosztować 70 tys. zł). Uznaliśmy więc, że taka inwestycja nie będzie dla nas opłacalna. Czas pokaże, czy mieliśmy rację.

Chętnie korzystamy z kominka w salonie. Żałujemy tylko, że nie udało się fachowcom lepiej wykonać rozprowadzenia ciepła rurami z wkładu kominkowego. W rezultacie wyloty powietrza znalazły się w złych miejscach. Dziś wiemy, że warto było nawet wydać więcej w zamian za efektywniejsze wykorzystanie ciepła. tym bardziej że lubimy palić w kominku i w chłodne dni robimy to niemal codziennie, zużywając rocznie około 5 m3 drewna za 600 zł. Małe koszty, a duża radość.

Mamy dość spory ogród, który podlewamy wodą z wodociągu. Na naszym terenie trudno jest znaleźć źródło wody i koszt budowy studni byłby bardzo wysoki (ok. 10 tys. zł). Na razie więc nie zdecydowaliśmy się na taką inwestycję, w zamian montując osobny licznik wody zużywanej do podlewania ogrodu.

Nie szukaliśmy przesadnych oszczędności na materiałach budowlanych, wykończeniowych oraz na wyposażeniu budynku. Wybieraliśmy te z długą gwarancją i certyfikatami jakości. Dla nas najważniejsze były ich solidność i trwałość oraz poczucie bezpieczeństwa. Liczyły się także względy estetyczne i ponadczasowy wygląd. Nad wszystkim czuwała pani domu, która przecież jest z wykształcenia plastykiem.







    Więcej o:

Skomentuj:

Bez zbędnej straty czasu