Do sześciu razy sztuka

Tekst i zdjęcia: Liliana Jampolska

Nie przywiązujemy się do konkretnych miejsc. Na każdym etapie naszego życia szukaliśmy coraz lepszych rozwiązań i właśnie dlatego zbudowaliśmy już kilka domów. Obecny dom jest wypadkową doświadczeń ze wszystkich poprzednich.

Pierwszy dom zaczęła budować dla nas spółdzielnia mieszkaniowa w 1980 roku. Blisko dwustumetrowy murowany budynek po kilku latach sprzedaliśmy z powodu niechlujnego wykonawstwa, kiepskich materiałów i zbyt dużej odległości od naszych miejsc pracy. Przeprowadziliśmy się wtedy do segmentu w mieście i choć na tamte czasy był to luksus, wkrótce znowu zmieniliśmy miejsce zamieszkania. Skłoniły nas do tego niesnaski z sąsiadem. Nie mogliśmy się porozumieć co do temperatury we wnętrzach oraz w wielu innych życiowych sprawach. Na szczęście wtedy zacząłem lepiej zarabiać, więc nie było problemu z zaplanowaniem kolejnego domu. Tym razem wspólnie z moim dobrym kolegą kupiliśmy w 1990 roku piękną działkę pod Warszawą. Zbudowaliśmy "bliźniaka", ale tak sprytnie ustawionego, że każda rodzina miała do dyspozycji po 900 m2 działki i poczucie prywatności - domy stykały się bowiem tylko garażami. W tym domu, o powierzchni 240 m2, mieszkało się nam bardzo dobrze. Niestety, kosztowny, ceramiczny dach zaczął przeciekać, a pierwsza zima ujawniła braki w ociepleniu warstwowych murów, wadliwe zaizolowanie mostków cieplnych itd. Wtedy zdecydowaliśmy się na zbudowanie kilka posesji dalej nowego domu, już tylko dla siebie, a w "bliźniaku" usunęliśmy usterki i wynajęliśmy go.

Czwarty dom, w którym zamieszkaliśmy w 1992 roku, miał nowoczesną bryłę, ale popełniliśmy poważny błąd, nieodpowiednio ustawiając go w stosunku do stron świata. Skutkiem tego pomieszczenia dzienne były ciemne, bo zacieniała je ściana lasu, za to sypialnie nasłonecznione i gorące. Ponadto źle wykonano nam wodne ogrzewanie podłogowe, które w Polsce dopiero stawało się modne. Ponieważ ani wykonawcy, ani my sami nie mieliśmy jeszcze praktyki w tym zakresie, rurki grzewcze położono zbyt rzadko, a na dodatek część posadzek zakryliśmy parkietem (z klepek dębowych). Ten błąd przypłaciliśmy marznięciem w zimie. Niedługo potem, mając chętnych do wynajęcia naszego domu (był bardzo ładny), kupiliśmy wygodny dom (270 m2 powierzchni) w tej samej okolicy. Mieszkaliśmy w nim pięć lat do momentu, kiedy nasz syn wydoroślał i postanowił zamieszkać sam. Cóż było robić z za dużym dla nas dwojga domem? Sprzedaliśmy go, a otrzymaną kwotę przeznaczyliśmy na sfinansowanie budowy nowego, mniejszego domu dla nas i na kupno mieszkania dla syna.

Pomysły na obniżenie kosztów eksploatacji

W 2004 roku kupiliśmy działkę w spokojnej miejscowości, z pełnym dostępem do wszystkich mediów, idealnie ustawioną do stron świata, z dogodnym dojazdem i oddaloną 25 km od miasta.

Obliczyliśmy z Grażyną, że dla nas dwojga wystarczy 125 m2 powierzchni mieszkalnej oraz duży garaż na dwa samochody i cały sprzęt ogrodniczy i sportowy. Ponieważ planowaliśmy rozłożysty dom parterowy, zadbaliśmy o to, by działka była odpowiednio szeroka (ma 35 m). Pomieszczenia dzienne - wejście do domu, hol, kuchnię, jadalnię i salon, łazienkę gościnną - zaplanowaliśmy od południa i zachodu. Natomiast naszą sypialnię, dwa pokoje - gościnny i do pracy, prywatną łazienkę oraz kotłownię - od północy i wschodu. Zadbaliśmy również o to, by wiatrołap i wewnętrzny hol były duże (po 6 i 8 m2). W poprzednich domach denerwowało nas bowiem to, że podczas spotkań towarzyskich wejście do domu "klinuje się", a goście nie mają swobody ruchu. Przy kuchni zaplanowaliśmy spiżarnię, która znakomicie zastępuje schowki w piwnicy.

Również kwestię technologii budowy i ocieplenia budynku potraktowaliśmy poważnie, od razu stawiając na solidne i trwałe materiały. Jesteśmy już w takim wieku, że nie interesują nas kolejne remonty.

Chcieliśmy widzieć ładne otoczenie domu, więc zaprojektowaliśmy duże przeszklenia, choć wiązało się to z większymi kosztami zakupu okien. Z myślą o późniejszych oszczędnościach zamontowaliśmy drewniane okna z trzema szybami.

Pieniądze nie takie straszne

Do obecnego domu wprowadziliśmy się w październiku 2006 roku. Udało nam się maksymalnie obniżyć koszty, ponieważ samodzielnie wybierałem i zamawiałem materiały, jak również osobiście codziennie doglądałem budowy. Nie było marnotrawstwa ani poprawek.

Łatwy dostęp do pobliskiej sieci gazowej i długi czas amortyzacji inwestycji osłabiły moje zainteresowanie zastosowaniem pompy ciepła. Ostatecznie zdecydowałem się na zainstalowanie mieszanego ogrzewania gazowego (wodnego ogrzewania podłogowego oraz grzejników ściennych). Dzięki dobrej jakości kotła kondensacyjnego system ogrzewania jest oszczędny i funkcjonalny. Jesienią i wiosną palimy w razie potrzeby w kominku (z żeliwnym wkładem i rozprowadzeniem ciepła do pokojów prywatnych). Stosunkowo niewiele płacimy też za monitoring. Wykorzystałem moment, kiedy oferowano tę usługę w promocji (tylko 60 zł/miesiąc) i dopiero wtedy podpisałem umowę.

Choć wykopanie studni do podlewania ogrodu nie było tanie (10 tys. zł z wykonaniem i pompą), nie żałujemy tej decyzji, ponieważ ciśnienie wody w sieci wodociągowej jest u nas często zbyt niskie. Obecnie jesteśmy zupełnie uniezależnieni od pogody i osiedlowej sieci.

Po raz pierwszy nie znajdujemy żadnych błędów w budynku i ogrodzie. Może tym razem będzie to nasz ostatni dom?





    Więcej o:

Skomentuj:

Do sześciu razy sztuka